Dziś chcę poruszyć temat, o którym wciąż mówi się zbyt cicho, choć od lat funkcjonuje niemal na oczach wszystkich. Chodzi o wyzysk osób uzależnionych, bezdomnych i żyjących w skrajnym kryzysie przez niektórych gospodarzy i sadowników z okolic Warki, Magnuszewa, Grójca i Chynowa. Nie jest tajemnicą, że rejony Warki stanowią jedno z największych zagłębi sadowniczych w Polsce. To właśnie tam od lat potrzebne są ręce do pracy przy zbiorach, sortowaniu i innych pracach sezonowych. Problem polega na tym, że obok uczciwej pracy od dawna funkcjonuje również drugi, znacznie mroczniejszy mechanizm — żerowanie na ludziach słabych, zagubionych i uzależnionych.
Ten mechanizm jest prosty, cyniczny i wyjątkowo skuteczny. Gospodarz przyjeżdża na stację, najczęściej tam, gdzie gromadzą się ludzie bezdomni, uzależnieni albo ci, którzy są już całkowicie życiowo rozbici. Taki człowiek nie pyta o umowę, nie stawia warunków, nie negocjuje stawki. On chce tylko przeżyć kolejny dzień, mieć gdzie spać, coś zjeść i często dostać alkohol. I właśnie na tym budowany jest cały system wyzysku. Bierze się człowieka w kryzysie, zawozi na gospodarstwo, daje mu namiastkę schronienia, czasem kilka piw, czasem byle jaki kąt do spania, a w zamian wyciska się z niego maksymalnie dużo pracy za minimalne pieniądze albo wręcz bez pieniędzy.
Osoba uzależniona staje się dla takiego gospodarza idealnym pracownikiem do wykorzystania. Jest zależna, osłabiona psychicznie, łatwa do zmanipulowania i zastraszenia. Nie ma stabilności, nie ma wsparcia, często nie ma dokumentów, a przede wszystkim nie ma dokąd pójść. Taki człowiek bardzo często godzi się na wszystko, bo alternatywą jest dworzec, melina, ulica albo głód. Właśnie dlatego niektórzy sadownicy i gospodarze traktują osoby uzależnione nie jak ludzi, tylko jak tanią, całkowicie wymienialną siłę roboczą. Dopóki pracujesz, jesteś potrzebny. Kiedy zachorujesz, upomnisz się o pieniądze albo przestaniesz być wygodny — wylatujesz z dnia na dzień.
Sam znam ten mechanizm z własnego doświadczenia. Kilka lat temu, kiedy byłem osobą uzależnioną, sam trafiłem na stację PKP w Warce. To właśnie tam przyjeżdżali gospodarze i zabierali ludzi do pracy w sadach. Dla wielu osób było to przedstawiane jako pomoc i szansa, ale w rzeczywistości często był to początek kolejnego etapu upokorzenia. We wrześniu 2019 roku, po długim ciągu alkoholowym i po czasie spędzonym na melinie, pojechałem tam pierwszy raz z kolegą. Od razu znaleźliśmy gospodarza, który zabrał nas do pracy. Codziennie wieczorem dostawaliśmy po dwa, czasem po cztery piwa na głowę. Dla kogoś z zewnątrz może to wyglądać jak drobny gest. W praktyce był to element kontroli. Alkohol nie był żadną dobrocią. Był narzędziem utrzymywania człowieka w uzależnieniu, żeby dalej był posłuszny, otępiały i gotowy pracować za grosze.
I właśnie na tym polega cały ten proceder. Nie daje się człowiekowi normalnych warunków, uczciwej stawki i przejrzystych zasad. Daje mu się tyle, żeby nie uciekł od razu. Tyle, żeby wrócił rano do roboty. Tyle, żeby nadal był zależny. Taki pracownik ma być zmęczony, zdesperowany i wdzięczny za byle co. Nie ma mieć poczucia swojej wartości, tylko poczucie, że i tak nigdzie indziej nie ma dla niego miejsca.
Wielokrotnie zmieniałem gospodarzy i wiele razy widziałem, jak ten mechanizm wygląda w praktyce. Raz zachorowałem, miałem wysoką gorączkę i zamiast pomocy usłyszałem, że nikt nie będzie mnie trzymał. Zostałem po prostu wyrzucony. Chory człowiek, bez transportu, bez zabezpieczenia, bez pieniędzy, musiał iść kilkadziesiąt kilometrów. W innym miejscu nie dostałem wypłaty, bo pracowałem bez umowy. I o to właśnie chodzi w tym układzie — brak umowy to brak śladu, brak dowodu, brak odpowiedzialności. Gospodarz bierze człowieka z ulicy, wykorzystuje go, a potem może powiedzieć wszystko. Że nie pracował. Że źle pracował. Że był coś winien. Że tyle wyszło po odliczeniach. I koniec tematu.
Najgorsi są ci, którzy potrafią ten wyzysk ubierać w pozory normalności. Pamiętam sadownika z okolic Chynowa, który podobno był radnym albo osobą publicznie znaną. U niego praca trwała po 12 godzin dziennie, z jedną półgodzinną, niepłatną przerwą. Zero szacunku, ciągłe wyzwiska, ubliżanie, traktowanie ludzi jak śmieci. To nie był pracodawca. To był człowiek, który budował swoją wygodę i zysk na cudzym upodleniu. Na posesji miał nawet sklep dla pracowników. Teoretycznie można było brać jedzenie czy inne rzeczy, ale nikt nie wiedział, ile naprawdę kosztują. Nie było jasnych cen, nie było uczciwego rozliczenia. Wszystko odbywało się tak, żeby człowiek na końcu i tak wyszedł na minus. Po dwóch tygodniach pracy, kiedy chcieliśmy z kolegą odejść, dostaliśmy po 50 złotych. Reszta rzekomo poszła na zakupy. Tak właśnie wygląda wyzysk w najczystszej postaci — człowiek haruje kilkanaście dni, a na końcu słyszy, że właściwie to nic mu się nie należy.
Na stacjach i w miejscach, gdzie ludzie szukali pracy, wszyscy znali te historie. Jeden ostrzegał przed drugim. Mówiono, kto nie płaci, kto oszukuje, kto daje tragiczne warunki, kto potrąca za wszystko, kto wyrzuca ludzi po kilku dniach, żeby nie wypłacić pieniędzy. A mimo to ludzie i tak jechali, bo nie mieli wyboru. Kiedy jesteś bezdomny, uzależniony albo kompletnie rozbity życiowo, nie wybierasz dobrej oferty. Bierzesz to, co akurat jest. I właśnie tę desperację niektórzy gospodarze wykorzystują bez skrupułów.
Osobnym problemem są warunki mieszkaniowe, które często urągają godności człowieka. Człowiek umawia się na nocleg, a na miejscu okazuje się, że dostaje ruderę z walącym się sufitem, brudem, wilgocią i zimnem. Prysznic bywa w innym budynku, czasem w piwnicy, bez okien, bez ogrzewania, bez podstawowych warunków higienicznych. Jesienią i zimą to jest prosta droga do choroby. Ale dla takich ludzi nikt nie przewiduje współczucia. Masz pracować, nie narzekać i być wdzięczny, że w ogóle dostałeś miejsce do spania. Tak właśnie działa ten mechanizm odczłowieczania. Najpierw odbiera się człowiekowi godność, potem prawa, a na końcu robi się z niego tanią siłę roboczą, którą można dowolnie przesuwać, oszukiwać i upokarzać.
Najbardziej brutalne jest to, że uzależnienie staje się dla niektórych narzędziem biznesowym. Człowiek pijący jest łatwiejszy do kontrolowania. Wystarczy dać mu alkohol, trochę pieniędzy, byle jakie schronienie, a później można nim sterować. Taki człowiek często nie walczy o swoje, bo sam jest w rozsypce. Nie zgłosi sprawy, bo się wstydzi, bo się boi, bo nie wierzy, że ktokolwiek mu pomoże. I dlatego ten proceder trwa latami. Bo opiera się nie tylko na biedzie, ale też na milczeniu, bezsilności i społecznej obojętności.
Ja sam też byłem częścią tego świata. Pracując pod Błędowem, miałem pracodawcę, który doskonale wiedział o moim problemie z alkoholem i narkotykami. Wiedział, że po pracy będę pił. Wiedział, że co jakiś czas wyjadę po narkotyki. I właśnie dlatego byłem dla niego wygodny. Człowiek uzależniony nie stawia twardych granic. Nie myśli długofalowo. Łatwo go kupić, łatwo zbyć, łatwo uciszyć. Dziś jestem trzeźwy i właśnie dlatego widzę to wszystko dużo wyraźniej. Wiem już, że to nie była żadna „pomoc” ani „szansa”, tylko system oparty na wykorzystaniu ludzi znajdujących się na dnie.
Trzeba to powiedzieć wprost: część gospodarzy i sadowników z rejonów sadowniczych nie tylko zatrudnia ludzi w kryzysie, ale świadomie korzysta z ich słabości. Korzysta z ich uzależnienia, bezdomności, zaburzeń, zagubienia i życiowej bezradności. Tacy ludzie są idealni do wyzysku, bo rzadko się bronią, rzadko dochodzą swoich praw i rzadko są traktowani poważnie przez instytucje. W praktyce oznacza to, że można im płacić mniej, można im nie płacić wcale, można ich poniżać, można ich karmić obietnicami, a na końcu wyrzucić jak niepotrzebny przedmiot.
To nie jest margines problemu. To jest poważne zjawisko społeczne, które powinno być przedmiotem realnej kontroli państwa. Tam, gdzie jest wielki biznes sadowniczy i duże zapotrzebowanie na tanią siłę roboczą, tam zawsze pojawia się pokusa, żeby zarabiać jeszcze więcej kosztem tych, którzy i tak są już na życiowym dnie. Dlatego potrzebne są kontrole warunków pracy, zakwaterowania, legalności zatrudnienia i rozliczeń. Potrzebne jest sprawdzanie, czy nie dochodzi do przymusu ekonomicznego, do handlu alkoholem na kredyt, do fikcyjnych potrąceń i do zwykłego oszustwa. Potrzebna jest też prawdziwa pomoc dla ludzi w kryzysie bezdomności i uzależnienia, żeby nie byli skazani na wybór między ulicą a niewolniczą pracą w sadzie.
Nie może być tak, że w jednym z największych rejonów sadowniczych w Polsce część gospodarzy buduje swój zysk na ludzkim upadku. Nie może być tak, że osoby bezdomne, uzależnione i zaburzone są traktowane jak materiał roboczy, który można zużyć i wyrzucić. Nie może być tak, że człowiek chory, pijący albo zagubiony staje się łatwym celem dla tych, którzy zamiast pomóc, wolą wykorzystać jego słabość dla własnej wygody i własnych pieniędzy.
Piszę to jako człowiek, który sam przez to przeszedł. Dziś jestem trzeźwy, nie daję się już manipulować i odzyskałem swoją godność. Właśnie dlatego mówię o tym otwarcie. Bo to nie są pojedyncze historie ani przypadkowe nadużycia. To jest mechanizm. Mechanizm wyzysku ludzi uzależnionych, bezdomnych i życiowo rozbitych przez tych, którzy doskonale wiedzą, że ofiara nie będzie miała siły się bronić.
Warka – „Wyzysk pracowników sezonowych w sadach – mroczna prawda o pracy w rejonie Warki i Grójca”
Warka praca sadownictwo „Warka – zagłębie wyzysku? Mroczna prawda o pracy w sadach”
