Polska przygotowuje się do wprowadzenia ogólnokrajowej nocnej prohibicji. Sejm 8 października 2026 roku uchwalił przepisy przewidujące zakaz sprzedaży alkoholu w sklepach między godziną 22.00 a 6.00. Ustawa trafi teraz do Senatu. Politycy przekonują, że ograniczenie dostępności trunków poprawi bezpieczeństwo i pomoże przeciwdziałać ich nadużywaniu. Pozostaje jednak zasadnicze pytanie: czy administracyjne zakazy rzeczywiście zmienią nawyki społeczeństwa, czy jedynie przesuną problem w inne, trudniejsze do kontrolowania miejsca? Człowiek uzależniony nie przestanie pić tylko dlatego, że po określonej godzinie nie kupi butelki w pobliskim sklepie. Może natomiast wcześniej zrobić zapasy albo poszukać innych źródeł zaopatrzenia. W ten sposób państwo, zamiast skutecznie przeciwdziałać alkoholizmowi, ryzykuje stworzenie dodatkowych możliwości zarobkowania osobom prowadzącym nielegalny handel.
Polacy doskonale pamiętają czasy, kiedy alkohol sprzedawano spod lady, w prywatnych mieszkaniach, garażach i melinach. Historia pokazuje, że tam, gdzie utrzymuje się popyt na trudno dostępny towar, mogą pojawić się osoby gotowe dostarczać go z pominięciem obowiązujących przepisów. Nie oznacza to, że nocne ograniczenia automatycznie doprowadzą do masowego odrodzenia melin. Dotychczasowe polskie badania nie potwierdzają takiego zjawiska, jednak możliwości rozwoju nielegalnej sprzedaży nie należy lekceważyć. Szczególnie niebezpieczny byłby obrót alkoholem niewiadomego pochodzenia, poza kontrolą sanitarną, podatkową i handlową. Zamiast legalnej transakcji otrzymalibyśmy działalność prowadzoną w ukryciu, której wykrywanie wymagałoby dodatkowego zaangażowania służb.
Największym błędem proponowanych rozwiązań byłoby jednak traktowanie ograniczenia godzin handlu jako zasadniczego sposobu walki z uzależnieniem. Alkoholizm jest chorobą, której przyczyn i mechanizmów nie można sprowadzać do dostępności wódki na sklepowej półce. Towarzyszą mu przymus picia, utrata kontroli, zaburzenia funkcjonowania psychicznego oraz często dramatyczne konsekwencje rodzinne i zawodowe. Zakaz sprzedaży nie usuwa głodu alkoholowego, nie odbudowuje zniszczonych relacji ani nie zapewnia profesjonalnej pomocy. Człowiek z wieloletnim uzależnieniem potrzebuje odpowiedniego leczenia i wsparcia, a nie przekonania, że państwo rozwiązało jego problem przez zmianę godzin otwarcia sklepu.
Trzeba przy tym uczciwie przyznać, że nocne ograniczenia mogą przynosić określone korzyści. Doświadczenia niektórych samorządów wskazują na zmniejszenie liczby interwencji związanych z zakłócaniem porządku publicznego. Spadek liczby awantur i poprawa bezpieczeństwa mieszkańców są niewątpliwie ważne. Nie należy jednak mylić takich rezultatów z trwałą zmianą postaw wobec alkoholu. Spokojniejsze ulice nie oznaczają automatycznie mniejszej liczby osób uzależnionych, a ograniczenie impulsywnych zakupów nie zastępuje pracy terapeutycznej.
Polsce potrzebna jest przede wszystkim powszechna, konsekwentna i nowoczesna edukacja alkoholowa. Powinna rozpoczynać się już w szkołach i obejmować rzetelną wiedzę o działaniu alkoholu na mózg, mechanizmach uzależnienia, konsekwencjach zdrowotnych oraz sposobach radzenia sobie ze stresem bez sięgania po substancje psychoaktywne. Nie wystarczą okazjonalne pogadanki, plakaty i kampanie organizowane od święta. Młodzież musi otrzymywać praktyczne narzędzia pozwalające rozpoznawać zagrożenia, przeciwstawiać się presji otoczenia i podejmować świadome decyzje. Równie istotne jest kształtowanie społecznej odpowiedzialności wśród dorosłych, którzy często sami utrwalają niebezpieczne wzorce.
W polskiej kulturze alkohol od dziesięcioleci towarzyszy weselom, świętom, spotkaniom towarzyskim i uroczystościom rodzinnym. Odmowa wypicia kieliszka bywa traktowana jako nietakt, podczas gdy namawianie do spożywania trunków uchodzi za niewinny żart. Właśnie z taką mentalnością należy walczyć. Dopóki upijanie się będzie usprawiedliwiane tradycją, a alkohol przedstawiany jako sposób na odprężenie, poprawę humoru czy zapomnienie o problemach, trudno oczekiwać zasadniczej poprawy. Zmiana tych przekonań wymaga długofalowych działań, a nie wyłącznie nowych przepisów.
Równolegle konieczne jest zapewnienie łatwego dostępu do terapii, poradnictwa specjalistycznego i grup wsparcia. Osoba, która dostrzega u siebie oznaki uzależnienia, powinna móc niezwłocznie skorzystać z pomocy, niezależnie od miejsca zamieszkania i sytuacji finansowej. Szczególnego zainteresowania wymagają małe miejscowości, gdzie dostępność specjalistów bywa ograniczona. Państwo powinno również wspierać rodziny dotknięte problemem alkoholowym, ponieważ skutki choroby ponoszą często dzieci, partnerzy i najbliższe otoczenie osoby pijącej.
Tymczasem znacznie łatwiej ogłosić kolejny zakaz, niż stworzyć sprawnie funkcjonujący system wczesnej interwencji i przeciwdziałania uzależnieniom. Regulacje można uchwalić podczas jednego posiedzenia parlamentu. Zmiana społecznych nawyków wymaga natomiast wieloletniej pracy, odpowiednich nakładów finansowych oraz współpracy szkół, samorządów, placówek medycznych i organizacji pomocowych. To zadanie mniej widowiskowe politycznie, ale nieporównywalnie ważniejsze z perspektywy trwałych rezultatów.
Nie można również pomijać oczywistej sprzeczności: alkohol pozostanie legalnie dostępny przez większą część doby, a ograniczenia nie obejmą wszystkich form jego sprzedaży. Trudno zatem oczekiwać, że samo przesunięcie granicy czasowej doprowadzi do zasadniczej przemiany społecznej. Rozsądna polityka państwa powinna uwzględniać zarówno bezpieczeństwo publiczne, jak i rzeczywiste przyczyny nadmiernego picia, nie pomijając skutków ubocznych wprowadzanych regulacji.
Nie potrzebujemy społeczeństwa, które zachowuje trzeźwość wyłącznie dlatego, że nocą nie może kupić alkoholu. Potrzebujemy ludzi świadomych jego szkodliwości, potrafiących odmawiać i rozumiejących wartość życia bez nałogu. To zasadnicza różnica pomiędzy narzucaniem ograniczeń a budowaniem odpowiedzialności.
Nocna prohibicja może zmniejszyć część problemów porządkowych, ale nie stanowi lekarstwa na alkoholizm. Jeżeli władze ograniczą się do zamykania sklepów, pomijając rzeczywiste potrzeby osób zagrożonych uzależnieniem, odniosą co najwyżej częściowy sukces.
Bo największym problemem Polski nie jest to, że alkohol można kupić o drugiej w nocy. Jest nim również to, że zbyt wielu ludzi wciąż nie wie, jak żyć bez alkoholu, a państwo znacznie chętniej ustanawia zakazy, niż uczy, jak nie popaść w nałóg.

